Serdecznie zapraszam do lektury wywiadu z prof. Krzysztofem Obremskim, literaturoznawcą, autorem książki o wybranych postaciach książek Aliny i Czesława Centkiewiczów, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Naukowego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.
Daga Bożek: W swojej książce pisze Pan: „Paradoksalnie: dawny i bezdyskusyjny sukces czytelniczy Centkiewiczów nie otrzymał dostatecznego potwierdzenia w poświęconych ich twórczości publikacjach literaturoznawczych”. Czy to był główny powód powstania książki?
Krzysztof Obremski: Latem 2023 roku przeszedłem na emeryturę, później chorowałem. Kiedy latem 2025 roku doszedłem do siebie, spojrzałem na biurko z książkami. Wcześniej rozdałem koleżeństwu bibliotekę, żeby rodzina miała po mnie jak najmniej sprzątania. Zostawiłem sobie kilka książek, wśród nich poezje Juliana Przybosia. To mój ulubiony poeta. Była tam też książka dla mnie, jak ją nazwałem, formacyjna.

Prof. Krzysztof Obremski, źródło: Wydawnictwo UMK.
D.B.: „Fridtjöf, co z ciebie wyrośnie?”?
K.O.: Tak. Kiedy sobie ją tak czytałem latem 2025 roku już na pełnym luzie, uznałem, że mogę ją tak nazwać. Wtedy nieskromnie stwierdziłem, że coś ze mnie wyrosło w następstwie lektury owej książki. Wiem, że słowo „formacja” pochodzi z życia duchowego zakonów, ale wydaje mi się, że jest najtrafniejsze, bo ta książka mnie sformatowała. Napisałem o tym w ostatnim rozdziale. I tak poruszałem kolejne problemy literaturoznawcze, aż na przełomie listopada-grudnia 2025 roku książka była ukończona.
D.B.: Muszę jeszcze zapytać o Nansena, bo osobiście niepokoi mnie wracanie do książek z czasów młodzieńczych. Jest w tym obawa przed pewnym… rozczarowaniem.
K.O.: Należę do typów asertywnych. Potrafię odmówić, bronić swego, na głowę sobie nie daję wchodzić, więc takiej obawy w ogóle nie miałem. Może jestem gburem, nie wiem…
D.B.: Ale mam Pan, widzę, poczucie humoru. A na pewno dystansu.
K.O.: Mam dystans do siebie samego, więc taka obawa nie powstała.
D.B.: Chociaż, przepraszam, wracam do sagi o Wiedźminie Sapkowskiego. Zawsze z ogromną radością.
K.O.: Dla mnie trudne powroty do tekstów sprzed wielu lat to wiersze Juliana Przybosia, jestem ich dożywotnim fanem. Chociaż zdaję sobie sprawę, że one w czytaniu bywają… niełatwe. To eufemizm.
D.B.: Centkiewiczowie zostawili po sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu, do czego wydatnie przyczynili się czytelnicy. Może dlatego mało jest publikacji o nich i ich twórczości, że tak trudno tematykę pomnikową podejmować?
K.O.: To jest nieunikniona przypadłość pisania czegokolwiek o twórcach-instytucjach. Obawy? Po pierwsze, że do czegoś nie dotarłem. A po drugie, jest to kwestia zaufania do siebie samego. Cytując pewnego księdza proboszcza: „Skromność to prawda o sobie”. Wiem, że w tej książce jestem nieskromny, bo postawiłem się w szeregu Nansen – Amundsen – ja. Ale ta literatura mnie uformowała.
D.B.: Kiedy w 2019 roku Adam Jarniewski i Agata Lubowicka opublikowali tekst „Kim naprawdę był Anaruk?”, w niektórych środowiskach podniosła się wrzawa, że to atak na wspomniany pomnik. Oczywiście, nie brakło również zdrowego i merytorycznego zainteresowania tematem. Podobnie w Pana książce pojawia się opowiadanie Centkiewiczów „Bohaterski szturman”. Dopatrzył się Pan, że była tam pewna – powiedzmy – swoboda w podejściu do materiałów źródłowych.
K.O.: Pani bardzo eufemistycznie się wypowiada.
D.B.: To bez eufemizmów.
K.O.: Centkiewiczowie, świadomi swej mocnej pozycji, jako autorzy„poszli po bandzie”. Oczywiście, teraz niepodobna zapytać ich o to, jak to było z prawami autorskimi i tłumaczeniem, z którego korzystali. Odejdę od głównego nurtu, ale powiem, na czym polega problem z Centkiewiczami jako osobami.
D.B.: Zamieniam się w słuch.
K.O.: Mam tyle lat, że pamiętam, czym była Polska Rzeczpospolita Ludowa. Nie ukrywam, że mój ojciec był antykomunistą, ja również.

D.B.: Ma Pan piękną Solidarnościową kartę w swoim życiorysie.
K.O.: Tu ważniejsze co innego. PRL była państwem swoiście mafijnym, rządziła partia i zgodnie z jej linią były podejmowane wszystkie decyzje. Takie chociażby, jak te związane z Centkiewiczami i wielkością nakładów ich książek. Oczywiście, łatwo o pomówienie, bo to nie są kwestie zero-jedynkowe. Wiele rzeczy pozostało niedopowiedzianych i teraz można z wdziękiem słonia pryncypialnie jechać po komunie. Nie ukrywam, byłem działaczem pierwszej Solidarności, zostałem nawet odznaczony, z czego jestem dumny. Byłem zaangażowany w Polskę, ale moje zaangażowanie z pewnością nie pokrywa się z tym, jakie reprezentowali Centkiewiczowie. Bo żadną krzywdą dla nich nie jest powiedzieć, że i Liga Kobiet, a więc Alina jako działaczka, i Związek Literatów Polskich Jarosława Iwaszkiewicza, którego prawą ręką pozostawał Czesław, to były ekspozytury PZPR. Ale to jest droga donikąd. Pozostańmy przy tekstach.
D.B.: A jak zaklasyfikować twórczość Centkiewiczów? Została uznana za tę dla dzieci i młodzieży.
K.O.: Skoro w wieku 72 lat wróciłem do lektury i mnie nie odrzuciła, to myślę, że udało im się w tę literaturę dla dzieci i młodzieży wpisać pewne wartości, nie boję się powiedzieć, uniwersalne. Jest jeszcze inna kwestia – dziś trudno sobie wyobrazić świat bez kultury cyfrowej. W tamtych czasach Centkiewiczowie otwierali okienko na świat. I ten głód wiedzy uzasadniał tak duże nakłady książek, istniała autentyczna czytająca publika. Przecież oni jako autorzy nie mogli liczyć na promocję w internecie.
D.B.: Trzeba też wspomnieć, że Centkiewiczowie przyczynili się do promocji polskich wypraw polarnych. W czasach PRL-u były organizowane przy pomocy wojska, za wzór stawiano radzieckie ekspedycje. W związku z tym radzieckich polarników w opowieściach Aliny i Czesława jest sporo, a ich przedstawienie było jednoznacznie pozytywne. Czy była w tym jakaś tendencyjność?
K.O.: To była ich rzeczywistość. Nie zapominajmy, jak ogromnym, powszechnym kultem był w Polsce otaczany wtedy Związek Radziecki. Przynajmniej oficjalnie. Były to czasy podboju kosmosu. O sympatie prokomunistyczne nie można mnie podejrzewać, ale jako coś naturalnego przyjmowałem i przyjmuję, że taka była rzeczywistość. Do jakiej stacji polarnej mieli polecieć Centkiewiczowie? Amerykańskiej? Niepodobna.
D.B.: Alina Centkiewicz była pierwszą Polką na Antarktydzie, w stacji Mirnyj spotkała się z życzliwością Rosjan.
K.O.: Wie Pani, jak chciałem o Alinie napisać w książce? Że była „babą z jajami”, ale na to mi nie pozwolono. Rozumie Pani, co chcę przekazać?
D.B.: Oczywiście. Nie udało jej się jednak dotrzeć razem z Czesławem do Oazy Bungera, kiedy w styczniu 1959 roku przejmowaliśmy stację Oazis od Rosjan, którą nazwano nazwiskiem Antoniego Bolesława Dobrowolskiego. Podobno Rosjanie nie puścili.
K.O.: Nie bądźmy malkontentami, podziwiajmy ją za to, co jej się udało. Alina dokonała wielkiej rzeczy. Musimy pamiętać o społecznym statusie polskiej kobiety w tamtych czasach. Alina rozrywała ramy znane z Niemiec: dzieci – kuchnia – kościół. To nie były jeszcze czasy polskich himalaistek – Wandy Rutkiewicz, Haliny Krüger-Syrokomskiej…
D.B.: Warto tutaj dodać, że Rosjanie szanowali ją za to, że była pisarką.
K.O.: I ona świetnie potrafiła wykorzystać ten atut. A to, że nie pozwolili jej lecieć do Oazy Bungera… Ja nawet trochę rozumiem kierownictwo wyprawy. Rosjanie za gości odpowiadali. To my wiemy, że Alina na „Mirnym” mocno rozbiła sobie głowę, a opatrunek ukrywała pod czapką. A gdyby stało się coś bardzo złego? Byłby wtedy ogromny problem. Przecież te wyprawy miary charakter paramilitarny.
D.B.: Wspominał Pan, że twórczość Centkiewiczów przekazywała uniwersalne wartości, więc co przyciągało czytelników?
K.O.: Pierwszoplanowe pozostawały heroiczne wzorce osobowe. Nie bacząc na podział kobiecy-męski, dziewczęcy-chłopięcy. Wszyscy mogli znaleźć ludzką wielkość. Przecież Nansen i Amundsen zostali przedstawieni także jako mężczyźni owładnięci miłościami ich życia. Amundsen i (jedynie fikcyjna!) Nora to para romantycznych kochanków. Ich nieszczęśliwa miłość mogła urzekać szczególnie dziewczęco-kobiecą część czytelniczej społeczności.

D.B.: Na zakończenie naszej rozmowy chciałam Pana zapytać, czy jest szansa na ponowne odczytanie Centkiewiczów? Czy mogą czymś jeszcze zainteresować młodych ludzi?
K.O.: Nie widzę szansy. Jest to kwestia generacyjna – inny język, pojmowanie świata. Można różne kryteria przyjmować. W ówczesnej Polsce byli cenieni. W dzisiejszej – niepodobna zawracać rzeki kijem.
D.B.: To chyba na takim stwierdzeniu musimy zakończyć naszą dyskusję.
K.O.: Pesymistycznie, ale rzeczowo.
PS. Jako że po wyłączeniu dyktafonu niekiedy padają rzeczy istotne, tak więc tu na sugestię Pana Krzysztofa rekonstruuję dalszy ciąg rozmowy:
D.B.: Jedno muszę Panu powiedzieć – z racji zainteresowań i doświadczenia zawodowego miałam okazję do rozmów z ludźmi, których marzeniem było pojechać na wyprawę polarną i czynili ku temu starania. Pewien procent z nich powoływał się na książki Centkiewiczów jako źródło inspiracji i zaszczepienia tzw. polarnego bakcyla. I w dodatku mówimy o czasach współczesnych.
K.O.: To koniecznie proszę dopisać do naszej rozmowy. Jest to niewątpliwy wkład Centkiewiczów, o którym trzeba pamiętać.
Krzysztof Obremski – prof. dr hab., obecnie emerytowany nauczyciel akademicki, wcześniej związany z Katedrą Antropologii Literatury i Nowych Mediów (Instytut Literaturoznawstwa UMK). Główne zainteresowania badawcze: nurt religijny literatury staropolskiej, sarmatyzm, teoria i praktyka retoryczna (szczególnie panegiryk i panegiryzm), współczesna humanistyka w badaniach literatury staropolskiej.
Książka „Postacie polarnego świata Aliny i Czesława Centkiewiczów” ukazała się w sierpniu 2026 roku nakładem Wydawnictwa UMK. Serdecznie zapraszam: https://wydawnictwo.umk.pl/produkt/postacie-polarnego-swiata-aliny-i-czeslawa-centkiewiczow.
Dziękuję za wsparcie na Suppi.pl!
