„Na Szpicbergu”

W grudniu 2024 roku nie udało mi się dotrzeć na spotkanie autorskie. A takie, w przypadku książek wydawanych w formacie self-publishingu, są kluczowe, żeby zdobyć upatrzoną publikację. Szczęśliwie organizator wydarzenia na Facebooku przekazał mi bezpośredni kontakt do autora, Tomasza Malanowskiego.

Dedykacja z (ant)arktycznym pozdrowieniem

Spotkaliśmy się w lutym następnego roku w Instytucie Geofizyki PAN, bo tak było najprościej w godzinach pracy. Wtedy jeszcze nie przypuszczałam, że dedykacja opatrzona datą moich urodzin będzie początkiem bardzo serdecznej znajomości, którą z powodzeniem można już liczyć w ciągach przegadanych godzin.

Tomek Malanowski jest absolwentem Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego. Był organizatorem i uczestnikiem wypraw polarnych na Spitsbergen (1978, 1980, 1985, 1988, 1999) i Wyspę Króla Jerzego w Antarktyce Zachodniej (1986). Przez lata pracował jako dziennikarz „Kuriera Polskiego”, a jego teksty dotyczyły tematyki wspinaczkowej i eksploracyjnej. Autor pierwszej biografii Jerzego Kukuczki, „Na szczytach świata”, która ukazała się w 1990 roku.

Tomek Malanowski podczas jednego ze spotkań autorskich, archiwum prywatne T.M.

Kulisy wypraw w 1978 i 1980 roku na Spitsbergen poznałam dzięki Pani Hance Prószyńskiej-Bordas, przez kolegów zwaną „Gapą”, której opowieść opublikowałam na stronie projektu Polarniczki:

Z Tomkiem przyjaźnią się do dziś, co dobitnie świadczy, że znajomości zadzierzgnięte na polarnych krańcach ziemi czas jedynie konserwuje i wzmacnia.

Z tak solidnym przygotowaniem lektura „polarnych pocztówek”, z jakich składa się książka „Na Szpicbergu”, była miłą kontynuacją historii.

Osobisty wycinek polarnego świata

Lot norweskim Bell Jet Rangerem był przeżyciem nie lada. Nie dość, że wydarzył się podczas pierwszego wyjazdu Tomka do Arktyki, to jeszcze pilot pozwolił sobie na niewinną akrobację podczas lotu, którą zdezorientowany pasażer początkowo uznał za wstęp do katastrofy lotniczej. Co za emocje!

Po powrocie do domu i wywołaniu błon fotograficznych stwierdzam, że moje lotnicze czarno-białe zdjęcia nie za bardzo się udały. Są nieostre, widać nastawiłem zbyt długi czas otwarcia migawki i wibracje silnika helikoptera zrobiły swoje. Tych ujęć już niestety nie poprawię. Kolorowe slajdy są dużo lepsze. Jeszcze nie wiem, jak je wykorzystam. Ale i tak wszystkie najpiękniejsze kadry do dziś mam pod powiekami. Mam je na zawsze. Nie muszę nawet zamykać oczu, żeby zobaczyć mój Spitsbergen z lotu ptaka [1]

– pisze autor „Na Szpicbergu”.

I właśnie tak jest skonstruowana książka – to zbiór 32 opowiadań-pocztówek w asyście fotografii rozwieszonych na osi czasu tak jak wspomnienia, do których okazyjnie i znienacka się wraca. Teraźniejszość przeplata się z historią; czuć, że obrazy z przeszłości są przechowywane w osobnej sali ekspozycyjnej pamięci autora. Można tam jednak wejść, a wystawa nawiązuje do realiów znanych współczesnemu czytelnikowi. W przedsłowiu czytamy:

To co starsze rysuje się ostrzej, to co zdarzyło się niedawno, staje się mniej istotne. Nie ma tu fabuły spajającej całość. Każdy z rozdziałów jest osobną historią, kolejnym epizodem z dawnych lat przywołanym jednym słowem – Szpicberg. Tej niegdysiejszej nazwy dziś mało kto używa, ale może lepiej pasuje ona do wspomnień o świecie, którego już nie ma, do wspomnień tak starych jak moje i kilku opowiadań o czasach jeszcze starszych.

Umiejętność wyszukiwania, a właściwie doszukiwania się detali w polskiej polarnej historii jest u Tomka imponująca. Doceniam to szczególnie, jako że z kilkoma z prezentowanych opowieści już się zetknęłam, zawsze jednak ich odbiór pozostawał dla mnie na pewnym poziomie ogólności. Tymczasem dbałość o szczegóły pozwala przyjrzeć się faktom z innej perspektywy, a każde z opowiadań stanowi dopełnioną, wysyconą całość.

Stąd też bierze się ogromna liczba przypisów – 256 (sic!), które z powodzeniem można potraktować jako równoległą opowieść i doskonałe źródło informacji. Tomek zachęca, aby się nie bać tej ilości i się w niej rozgościć. Ja również.

I może zacytuję Wam jeszcze jeden fragment, bez którego rozumienie współczesnych i nowoczesnych wypraw polarnych byłoby niepełne:

Nasze wyprawy miały posmak dawnych ekspedycji odkrywczych. Czuliśmy się, trochę nie bez racji, niczym bohaterowie powieści Jacka Londona. Ponosiliśmy trud zdobycia pieniędzy, wyposażenia, uzyskania niezbędnych zezwoleń i zaplanowania podróży. Ważny był każdy szczegół, bo pominięcie któregoś mogłoby mieć paskudne konsekwencje. Musieliśmy zapewnić sobie nieomal całkowitą niezależność na co najmniej kilka miesięcy.

Planowanie wyjazdu i gromadzenie ekwipunku trwało czasem rok i dłużej. Pamiętam piwniczne pomieszczenie Pałacu Uruskich przydzielone nam przez władze wydziału na magazyn. Panowała tam atmosfera jak w sklepie gminnej spółdzielni. Zapach kaszy, płatków owsianych i suszonych jabłek (sami je kroiliśmy i układaliśmy na kaloryferach) mieszał się z wonią gumowych butów, mydła, proszku do prania i brezentu namiotów. [2]

Fot. Sebastian Bożek

Postcriptum

Lubię styl, w jakim Tomek napisał na „Na Szpicbergu”. Wynika to oczywiście z jego świetnego warsztatu dziennikarskiego, ale warto podkreślić, że na tle w dużej mierze kronikarsko-(popularno)naukowej polskiej literatury polarnej ten literacko-publicystyczny styl smakuje szczególnie.

Książka została wydana w modelu self-publishingu, więc pełną wiedzę o jej dostępności posiada autor. Wiedzę, którą, myślę, bardzo chętnie się podzieli. Co więcej, szykuje się wznowienie tej pozycji, uzupełnione o kolejne pocztówki-opowiadania (dzięki uprzejmości Tomka miałam przyjemność zapoznać się z dwoma tekstami w wersji beta, dziękuję!). Już ostrzę sobie na nią zęby, a Was o fakcie wydania książki jak najbardziej poinformuję (zachęcam zapisać się do newslettera).

[1] Opowiadanie „Za północny horyzont”, 1978 rok.

[2] Opowiadanie „Arktyka turystyczna”, 1985 rok.


Dziękuję za wsparcie na Suppi.pl!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *